KONSTYTUTY POLECAJĄ: NAJCIEKAWSZE ZAGRANICZNE ARTYKUŁY WRZEŚNIA I PAŹDZIERNIKA 2025

CZAS PRZECZYTANIA TEKSTU: 24 minut(y) / READING TIME: 24 minutes

We wskazanym okresie ukazały się nowe wydania 38 periodyków (w tym 1 podwójny). Pomimo surowej selekcji, nie udało mi się zejść poniżej 20 tekstów – tak dużo interesujących tematów pojawiło się na łamach omawianych czasopism naukowych.

Przegląd otwiera rzadziej obecny na tych łamach periodyk CONSTITUTIONAL POLITICAL ECONOMY (36/2025), w którym opublikowano artykuł „Non-compliance as a determinant of constitutional change? A comparative study”. A. Schnelle postanowił odpowiedzieć na często powracające pytanie: czy konstytucje, których postanowień się nie przestrzega, są częściej zmieniane, a jeżeli tak – czy jest to zmiana całkowita w sensie formalnym (uchwalenie nowej konstytucji) czy raczej częściowa (nowelizacja)? Materiał badawczy robi wrażenie: objął konstytucje 170 państw w latach 1950-2018. Punktem wyjścia jest tzw. luka de iure/de facto, czyli różnica między tym, co konstytucja gwarantuje, a tym, co rzeczywiście jest realizowane.
Wyniki są ciekawsze, niż można byłoby oczekiwać. Okazuje się, że nieprzestrzeganie konstytucji nie prowadzi po prostu do częstszych zmian jej tekstu. W odniesieniu do zmian częściowych, nie stwierdzono związku z poziomem przestrzegania konstytucji. W przypadku zmian całkowitych w sensie formalnym – związek jest wyraźny: im większa rozbieżność między konstytucyjnymi deklaracjami a rzeczywistością, tym większe prawdopodobieństwo zastąpienia konstytucji nową (90% wszystkich zmian konstytucyjnych odnotowanych w badanej próbie stanowiły nowelizacje).
Wspomniana luka dotyczyła najczęściej praw politycznych i obywatelskich, m.in. wolności zrzeszania się, zgromadzeń, mediów i wypowiedzi, czyli tych praw, których rzeczywiste wykonywanie i przestrzeganie powinno ułatwiać obywatelom organizowanie nacisku na rzecz zmiany ustrojowej.
Autor wyciąga z tego interesujący wniosek dla twórców konstytucji: nadmiernie ambitne, „utopijne” obietnice konstytucyjne mogą obrócić się przeciwko samej konstytucji. Jeżeli pozostają na papierze, zamiast wzmacniać jej trwałość mogą zwiększać ryzyko zastąpienia jej nową. Innymi słowy, nieprzestrzeganie konstytucji nie powoduje jej częstszego „naprawiania”, ale wiąże się ze zwiększonym prawdopodobieństwem jej całkowitego zastąpienia nową.

Zmiany konstytucji dotyczy także tekst „The inconsistencies of the doctrine of unconstitutional constitutional amendments” opublikowany we wrześniowym numerze brazylijskiego periodyku REVISTA DE INVESTIGAÇÕES CONSTITUCIONAIS (Vol. 12, N. 3). Diego Pardo-Álvarez poddaje krytyce wpływową teorię Yaniva Roznaia dotyczącą „niekonstytucyjnych zmian konstytucji”. Punkt wyjścia wymaga krótkiego wyjaśnienia. Według Roznaia władza ustrojodawcza ludu politycznego (narodu) i ustanowiona przez konstytucję władza do jej zmiany nie są tym samym. Ta druga jest władzą pochodną, której naród powierzył jedynie określoną kompetencję. Nie może więc w drodze procedury nowelizacyjnej podważyć tożsamość konstytucji, z której sama czerpie umocowanie. Granice dopuszczalnej zmiany konstytucji mogą być zapisane wprost, np. w postaci klauzul wieczystych, ale według Roznaia mogą również wynikać z samej natury władzy zmieniającej konstytucję i jej „tożsamości”. Stąd możliwość uznania nawet formalnie prawidłowo uchwalonej poprawki za niekonstytucyjną i poddania jej kontroli sądu konstytucyjnego.
Pardo-Álvarez postanowił przetestować tę konstrukcję na przykładzie Chile. Konstytucję tego kraju z 1980 r. narzuciła dyktatura Pinocheta, natomiast po przywróceniu demokracji była ona stopniowo demokratyzowana właśnie poprzez kolejne nowelizacje. Zmieniano przy tym elementy tak istotne, że zdaniem autora mogło dojść do zastąpienia pierwotnej „tożsamości konstytucyjnej” nową. Mamy więc do czynienia ze swoistym paradoksem: doktryna mająca chronić demokrację przed autorytarnym przeobrażeniem konstytucji może zarazem utrudniać demokratyczne usuwanie elementów konstytucji odziedziczonej po autorytarnym reżimie. Autor wskazuje na jeszcze większą sprzeczność w analizowanej teorii. Skoro parlament działający jako władza zmieniająca konstytucję jest tylko „delegatem” narodu i dlatego nie wolno mu samodzielnie przekraczać granic udzielonego mandatu, dlaczego wolno sądowi konstytucyjnemu – również będącemu władzą ustanowioną – samemu odkrywać niewypowiedziane w konstytucji granice tego mandatu? W skrajnym przypadku sąd, występując jako obrońca władzy ustrojodawczej narodu, sam zaczyna decydować, w jaki sposób naród może ją wykonywać. Pardo-Álvarez dochodzi więc do wniosku, że teoria Roznaia znacznie lepiej broni kontroli przestrzegania wyraźnie ustanowionych granic zmiany konstytucji niż tworzenia przez sądy granic dorozumianych.

Pozostajemy w obszarze problematyki zmian konstytucji. Na łamach EUROPEAN CONSTITUTIONAL LAW REVIEW (Volume 21, Issue 3) warto zwrócić uwagę na artykuł „Constitution-Making Procedure and Legitimacy Maximisation: How Different Constitution-Making Procedures Satisfy Different Conceptions of Legitimacy” autorstwa Andrása Jakaba. Punktem wyjścia jest pytanie o optymalny sposób uchwalania nowej konstytucji. Autor kwestionuje jednak samo założenie, że istnieje jedna, najlepsza i najbardziej demokratyczna procedura, która zapewni nowej konstytucji legitymizację. Wiele zależy bowiem od tego, co rozumiemy przez legitymizację. Jakab wyróżnia jej trzy podstawowe rodzaje: materialną – wynikającą z treści konstytucji, formalną – związaną m.in. ze źródłem władzy, legalnością i uczciwością procedury, oraz legitymizację rezultatu – zależną od społecznych skutków konstytucji, jej stabilności i rzeczywistego poparcia.
Ciekawie wypada konfrontacja tego podziału z różnymi metodami tworzenia konstytucji: przez parlament, specjalnie wybrane zgromadzenie konstytucyjne, ekspertów, negocjacje przy „okrągłym stole”, z udziałem obywateli czy z wykorzystaniem referendum. Okazuje się, że rozwiązanie zwiększające jeden rodzaj legitymizacji może jednocześnie osłabiać inny. Przykładowo, pełna transparentność, którą zwykle uznajemy za zaletę procedury, może utrudniać osiąganie politycznych kompromisów. Eksperci są w stanie przygotować lepszy technicznie tekst, ale ich udział osłabia bezpośredni związek procesu z obywatelami. Z kolei szeroka partycypacja społeczna może zwiększać poczucie współautorstwa konstytucji, ale nie gwarantuje wysokiej jakości tekstu, a w społeczeństwach silnie spolaryzowanych może jeszcze pogłębiać istniejące podziały.
Szczególnie interesujące są wnioski dotyczące demokracji bezpośredniej. Nie po raz pierwszy w literaturze pojawia się spostrzeżenie, że o ile referendum wzmacnia legitymizację wynikającą z bezpośredniej decyzji obywateli i może zwiększać ich identyfikację z konstytucją, o tyle nie jest instrumentem dobrze nadającym się do budowania kompromisu. W warunkach silnej polaryzacji binarny wybór może dodatkowo zaostrzyć konflikt. Podobnie autor przestrzega przed idealizowaniem obywatelskiego współtworzenia konstytucji. Faktyczny wpływ konsultacji społecznych na tekst bywa ograniczony, szczególnie tam, gdzie silną pozycję zachowują partie polityczne.
Autor proponuje więc pewną sekwencję działań: rozpoczęcie prac od połączenia wiedzy eksperckiej z negocjacjami najważniejszych sił politycznych, następnie włączenie obywateli w konsultowanie projektu, zachowanie ciągłości prawnej i dopiero na końcu ewentualne referendum. Parlament czy specjalne zgromadzenie konstytucyjne nie mają w tym ujęciu szczególnej przewagi per se. Najważniejsze zastrzeżenie autora idzie jednak jeszcze dalej: czasami najlepszą procedurą uchwalenia nowej konstytucji jest… nie uchwalać jej wcale. W społeczeństwie głęboko spolaryzowanym lepszym rozwiązaniem może być odłożenie całego przedsięwzięcia i stopniowe zmienianie istniejącej konstytucji, jej interpretacji, ustawodawstwa i praktyki politycznej. Nie istnieje bowiem uniwersalna procedura, która niezależnie od warunków politycznych zagwarantuje legitymizację nowej konstytucji. Zestawienie z wnioskami z badań zawartych w poprzednim tekście pozwala lepiej dostrzec złożoność problemu.

W tym samym numerze EUROPEAN CONSTITUTIONAL LAW REVIEW moją uwagę zwrócił jeszcze jeden artykuł: „Speech without a Speaker: Constitutional Coverage for Generative AI Output?”. Marco Bassini stawia bardzo aktualne, choć na pierwszy rzut oka nieco prowokacyjne pytanie: czy treść wygenerowana przez ChatGPT może korzystać z konstytucyjnej ochrony wolności słowa, skoro właściwie nie ma „mówcy”, któremu można byłoby przypisać wypowiedź? Autor proponuje zmianę perspektywy. Zamiast zastanawiać się, czy autorem jest programista, dostawca systemu albo sama sztuczna inteligencja, przenosi punkt ciężkości na odbiorcę i jego prawo do otrzymywania informacji. To interesujący zabieg. Wolność wypowiedzi obejmuje bowiem nie tylko prawo do mówienia, ale także prawo człowieka do otrzymywania informacji. Bassini analizuje problem na gruncie amerykańskiej Pierwszej Poprawki oraz art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i dochodzi do wniosku, że nie ma wystarczających podstaw, aby tylko ze względu na „nie-ludzkie” pochodzenie wypowiedzi wyłączyć treści generowane przez AI z zakresu konstytucyjnej wolności słowa.
Nie oznacza to oczywiście przyznania ChatGPT „praw człowieka”. Autor rozróżnia objęcie wypowiedzi zakresem wolności słowa (constitutional coverage) od przyznania jej ochrony (constitutional protection). Nie każda treść wygenerowana przez AI musi więc być chroniona, a państwo nadal może zwalczać treści bezprawne czy regulować określone zastosowania AI. Sedno problemu leży gdzie indziej: ograniczając dostęp do treści generowanych przez AI, państwo może ingerować w wolność informacyjną ich ludzkich odbiorców. Pytanie „czy ChatGPT ma wolność słowa?” zostaje więc zastąpione znacznie ciekawszym: czy państwo może ograniczać to, co człowiek może przeczytać, tylko dlatego, że tekst stworzyła maszyna, a nie człowiek?

Kolejny tekst pochodzi z hiszpańskiego periodyku CORTS. ANUARI DE DRET PARLAMENTARI (39/2025). W artykule „El diputado no adscrito: problemática de la normativa y jurisprudencia de aplicación” J.C. Navarro Ruiz analizuje interesujący problem statusu deputowanego niezrzeszonego, a więc parlamentarzysty, który opuścił lub został usunięty z ugrupowania albo grupy parlamentarnej, z którą rozpoczynał kadencję. Problem jest szczególnie ciekawy w Hiszpanii, gdzie wybory odbywają się z zamkniętych i zblokowanych list partyjnych. Trybunał Konstytucyjny już w 1983 r. przesądził, że mandat należy do wybranego przedstawiciela, a nie do partii czy grupy parlamentarnej. Odejście lub usunięcie z partii nie może więc prowadzić do utraty mandatu.
Tak narodził się jednak kolejny problem: jak przeciwdziałać zjawisku politycznej „zmiany barw” (transfuguismo) i czerpaniu z niej korzyści, skoro parlamentarzyście nie można odebrać mandatu? Odpowiedzią stała się konstrukcja deputowanego niezrzeszonego (diputado no adscrito), której status jest dziś uregulowany w większości parlamentów wspólnot autonomicznych, choć nadal nie przewidują jej regulaminy Kortezów Generalnych oraz parlamentów Asturii, Galicji, Murcji i Kraju Basków.
Sednem problemu jest znalezienie równowagi pomiędzy zwalczaniem transfuguismo a konstytucyjną zasadą wolnego mandatu i prawami parlamentarzysty. Hiszpański Trybunał Konstytucyjny dopuszcza ograniczenie uprawnień deputowanego niezrzeszonego, ale nie może ono naruszać istoty funkcji przedstawicielskiej. Parlamentarzysta musi zachować m.in. możliwość udziału w stanowieniu prawa, kontroli rządu i debacie parlamentarnej. Ograniczenia powinny być interpretowane ściśle, odpowiednio uzasadnione i proporcjonalne. Samo przeciwdziałanie zmianie barw politycznych Trybunał uznaje przy tym za konstytucyjnie legitymowany cel.
Najciekawsza jest krytyczna część artykułu. Autor zwraca uwagę na paradoks: przyznanie decyzji partii o wykluczeniu jej członka bezpośrednich skutków dla statusu parlamentarzysty oznacza w praktyce przeniesienie części decyzji o wykonywaniu mandatu poza parlament, do partii politycznej, będącej przecież stowarzyszeniem prawa prywatnego. Co więcej, nie każdy „zdrajca” rzeczywiście zdradza wyborców. Może się zdarzyć, że to nie deputowany zmienił poglądy, lecz kierownictwo jego partii zmieniło dotychczasową linię polityczną, np. wskutek powyborczej koalicji. Automatyczne traktowanie każdego takiego przypadku jako transfuguismo może więc prowadzić do rezultatów trudnych do pogodzenia z zasadą wolnego mandatu.

W najnowszym numerze ELECTION LAW JOURNAL: RULES, POLITICS, AND POLICY (Volume 24, Issue 3) moją uwagę zwrócił artykuł „Are Dead People Voting by Mail: Evidence from Washington State Administrative Data”. Dziewięcioro autorów postanowiło empirycznie zweryfikować jeden z najczęściej podnoszonych zarzutów wobec głosowania korespondencyjnego w USA (od siebie dodam – nie tylko tam): czy karty do głosowania wysyłane osobom, które w międzyczasie zmarły, są przejmowane przez inne osoby i oddawane jako ważne głosy. Badanie dotyczyło stanu Waszyngton, w którym głosowanie korespondencyjne ma charakter powszechny. Autorzy zestawili dane dotyczące policzonych głosów z urzędowymi rejestrami zgonów, dodatkowo weryfikując daty urodzenia na podstawie internetowych nekrologów, aby ograniczyć ryzyko błędnego utożsamienia dwóch różnych osób.
Skala badania była ogromna: objęło ono około 4,5 mln wyborców z lat 2011–2018. W całej tej grupie zidentyfikowano zaledwie 14 przypadków, w których karta wyborcza mogła zostać oddana podejrzanie długo po śmierci wyborcy. Stanowi to 0,0003% badanych wyborców. Co istotne, autorzy nie twierdzą nawet, że w tych 14 przypadkach doszło do oszustwa wyborczego. Część może wynikać z pomyłek urzędniczych albo dotyczyć różnych osób o takim samym nazwisku, imieniu i dacie urodzenia.
Wniosek autorów jest więc jednoznaczny, ale zarazem ograniczony do badanego systemu: przypadki zaliczania głosów oddanych na kartach osób zmarłych są w powszechnym systemie głosowania korespondencyjnego stanu Waszyngton niezwykle rzadkie.

W przypadku GERMAN LAW JOURNAL (Volume 26, Issue 2) moją uwagę zwrócił artykuł „Overcoming Democratic Short-termism through Constitutional Law?—The Difficulty of Making the Constitutional Veto Work in Climate Protection Cases”. Gabriele Britz, była sędzia niemieckiego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego, podejmuje problem „demokratycznej krótkowzroczności”: rządy i parlamenty działają w rytmie stosunkowo krótkich kadencji, dlatego mają naturalną skłonność do uwzględniania interesów obecnych wyborców kosztem ludzi, którzy będą ponosili długoterminowe konsekwencje dzisiejszych decyzji. Szczególnie wyrazistym przykładem tego problemu jest dla autorki ochrona klimatu, ponieważ odkładanie kosztownych działań na później może nie tylko obciążyć przyszłe pokolenia, ale także ograniczyć ich wolność i pozostawić im coraz mniejszą przestrzeń do podejmowania własnych decyzji politycznych.
Konstytucja powinna przeciwdziałać takiej krótkowzroczności. Autorka pokazuje to przede wszystkim na przykładzie art. 20a niemieckiej Ustawy Zasadniczej oraz głośnego orzeczenia klimatycznego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego z 2021 r. Trybunał rozwinął w nim koncepcję „międzyczasowego zabezpieczenia wolności” (intertemporal safeguard of freedom): dzisiejsze pokolenie nie powinno zużyć tak dużej części dopuszczalnego „budżetu emisyjnego”, aby przyszłym pozostawić konieczność gwałtownych redukcji emisji, a wraz z nimi daleko idących ograniczeń wolności.
Dlaczego nawet silny sąd konstytucyjny ma w tej dziedzinie ograniczone możliwości? Ponieważ sąd świetnie sprawdza się jako siła blokująca (posługując się – jak to określiła autorka – „konstytucyjnym wetem”) – może uchylić niekonstytucyjną ustawę – ale w przypadku ochrony klimatu taki ruch jeszcze niewiele da. Dekarbonizacja wymaga aktywnego zaprojektowania i przeprowadzenia niezwykle złożonej transformacji obejmującej ustawodawstwo, podatki, inwestycje, administrację i wiele sektorów gospodarki. Sąd może stwierdzić, że państwo robi za mało, ale nie może przejąć od parlamentu i rządu kierowania całą transformacją.
Autorka widzi dla sądów bardziej realistyczną rolę: mogą wymagać od ustawodawcy stworzenia przejrzystych, długoterminowych planów dekarbonizacji, celów pośrednich i ścieżek redukcji emisji, a następnie kontrolować ich przestrzeganie. Ostatecznie jednak konstytucja i sądy mogą jedynie ograniczać skutki demokratycznej krótkowzroczności. Nie zastąpią politycznej gotowości do działania. Jak ujmuje to autorka: sądy mogą pomóc, ale same nie zapobiegną katastrofie klimatycznej, jeżeli działania na rzecz ochrony klimatu napotkają masowy społeczny opór.

W półroczniku REVISTA ESPAÑOLA DE DERECHO CONSTITUCIONAL (135, septiembre-diciembre 2025) moją uwagę zwrócił artykuł „Parlamento y ciencia: asesoramiento científico al legislador como mandato constitucional”. Federico de Montalvo Jääskeläinen stawia jednoznaczną tezę: doradztwo naukowe dla parlamentu nie jest jedynie sposobem na stanowienie lepszego prawa, ale w określonych sytuacjach stanowi wymóg konstytucyjny. W świecie, w którym ustawodawca reguluje sztuczną inteligencję, biotechnologię, ochronę zdrowia czy środowiska, nie może podejmować decyzji ignorując dostępną wiedzę naukową. Autor wyprowadza ten obowiązek przede wszystkim z art. 9 ust. 3 Konstytucji Hiszpanii, ustanawiającego zakaz arbitralności władz publicznych. Decyzja ustawodawcy pozostaje polityczna, ale powinna mieć racjonalne podstawy, a tam, gdzie istotne znaczenie mają fakty naukowe, częścią tych podstaw musi być najlepsza dostępna wiedza.
Autor dotyka przy tym bardzo ciekawej granicy między demokracją a technokracją. Nauka ma dostarczać wiedzy, oceniać ryzyko i wskazywać możliwe konsekwencje, ale nie może zastąpić decyzji politycznej. Parlament może nawet odejść od rekomendacji ekspertów, powinien jednak potrafić racjonalnie wyjaśnić, dlaczego to robi. Jak trafnie ujmuje to autor: evidence-based policy nie może przekształcić się w evidence-as-policy. Ostateczne rozstrzygnięcie należy do demokratycznie legitymowanego ustawodawcy, ponieważ obok wiedzy naukowej musi on uwzględniać wartości, interesy społeczne, koszty czy akceptowalność przyjmowanych rozwiązań.
Artykuł ma również bardzo praktyczną część parlamentarną. Autor opisuje powołaną przy hiszpańskim Kongresie Deputowanych Oficina de Ciencia y Tecnología (Oficina C), która przygotowuje dla parlamentarzystów syntetyczne opracowania oparte na literaturze i konsultacjach z ekspertami. Wskazuje też odpowiedniki w innych parlamentach, m.in. brytyjski POST, niemiecki TAB, francuski OPECST oraz STOA w Parlamencie Europejskim.   Najbardziej interesująca pozostaje jednak teza konstytucyjna: swoboda polityczna ustawodawcy nie oznacza swobody od faktów. Nauka nie ma stanowić prawa, ale w sprawach wymagających specjalistycznej wiedzy świadome ignorowanie jej ustaleń może przesuwać decyzję parlamentu z obszaru dopuszczalnej swobody politycznej w stronę konstytucyjnie zakazanej arbitralności.

Pozostajemy w kręgu parlamentarnych ekspertów. W THE JOURNAL OF LEGISLATIVE STUDIES (Vol. 31, No. 3) moją uwagę zwrócił artykuł „Factors influencing the impact of ex-post legislative evaluations: a scoping review”. Czwórka autorów zadaje pytanie o to co sprawia, że wyniki oceny funkcjonowania ustawy po jej wejściu w życie rzeczywiście wpływają na dalsze decyzje ustawodawcy. Na podstawie przeglądu literatury wyróżniają trzy grupy czynników: kontekst polityczny i instytucjonalny, jakość samej ewaluacji oraz interakcję badaczy z jej zleceniodawcami i odbiorcami.
Ich główny wniosek brzmi: dobra ewaluacja nie musi być ewaluacją skuteczną. Nawet metodologicznie bardzo dobre badanie może pozostać bez wpływu, jeżeli jego wyniki pojawią się w niewłaściwym momencie albo parlament i rząd nie są zainteresowane ich wykorzystaniem. Znaczenie ma również wykonalność rekomendacji – większą szansę realizacji mają propozycje niewielkich zmian istniejącego prawa. Autorzy wskazują też na potrzebę zachowania równowagi między niezależnością badaczy a kontaktem z decydentami: nadmierne zbliżenie zagraża wiarygodności ewaluacji, ale całkowite odseparowanie może sprawić, że jej wyniki pozostaną bez praktycznego znaczenia.
Podsumowując: sama ewaluacja ex post nie poprawia więc prawa – musi jeszcze istnieć instytucjonalna i polityczna gotowość, aby rzeczywiście zrobić z jej wyników użytek.

Dość powszechnie uważa się – a raczej taką tezę promują media liberalne – że politycy populistyczni posługują się prostszym językiem niż pozostali. Rebecca C. Kittel autorka artykułu pt. „Simply Speaking? Language Complexity among (Non-)Populist Actors in Parliamentary Debates” na łamach GOVERNMENT AND OPPOSITION (60) postanowiła empirycznie sprawdzić to  przekonanie,  Założenie jest proste: skoro populizm przedstawia rzeczywistość polityczną jako konflikt „zwykłych ludzi” z elitami i chętnie proponuje proste rozwiązania skomplikowanych problemów, można oczekiwać, że również język populistów będzie prostszy. Dotychczasowe badania przynosiły sprzeczne wyniki, dlatego autorka wykorzystała stenogramy debat Bundestagu z lat 1991–2021, co pozwoliło jej dodatkowo porównać populizm prawicowy i lewicowy.
Materiał badawczy jest imponujący: po odrzuceniu krótkich wypowiedzi, pytań i przerwań analizą objęto 132778 wystąpień parlamentarnych z siedmiu pełnych kadencji Bundestagu. Stopień złożoności języka mierzono przede wszystkim za pomocą indeksu LIX, który uwzględnia m.in. długość zdań i udział długich wyrazów. Autorka zestawiła wyniki także z innymi metodami pomiaru, a ponadto uwzględniła cechy poszczególnych deputowanych oraz tematykę debat.
Wyniki można uznać za zaskakujące. Badanie nie potwierdziło, że parlamentarzyści partii populistycznych mówią prostszym językiem. W przypadku populizmu prawicowego było wręcz przeciwnie: AfD okazała się partią posługującą się najbardziej złożonym językiem podczas XIX kadencji Bundestagu (2017–2021).
Badanie przynosi jeszcze inne ciekawe wyniki. Język niemieckiego parlamentu wyraźnie upraszczał się przez trzy dekady. Najprostszym językiem dyskutowano o budżecie i podatkach, najbardziej złożonym o prawach obywatelskich, a im częściej dany temat pojawiał się w debacie parlamentarnej, tym – z wyjątkiem praw obywatelskich – język stawał się prostszy. Autorka przypuszcza, że przy tematach szczególnie aktualnych parlamentarzyści częściej zwracają się w istocie do szerszej publiczności, a nie tylko do innych deputowanych.
Sama autorka słusznie zastrzega, że badała wyłącznie językową, a nie pojęciową złożoność wypowiedzi oraz tylko debaty niemieckiego Bundestagu. Można więc powiedzieć, że populistyczne upraszczanie polityki nie musi oznaczać upraszczania języka. Można przedstawiać świat za pomocą prostych podziałów i prostych recept, posługując się przy tym językiem równie złożonym, a nawet bardziej złożonym niż polityczni konkurenci.

W tym samym numerze GOVERNMENT AND OPPOSITION (60) warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden artykuł „No Longer the Only Game in Town? Immigration, Authoritarianism and the Future of Democracy in the West” autorstwa Fatiha U. Cetina i Buraka Demira. Autorzy wychodzą od klasycznej formuły Juana Linza i Alfreda Stepana, zgodnie z którą demokracja jest skonsolidowana, gdy staje się dla obywateli tytułową „jedyną grą w mieście”. Pytają, czy w starych demokracjach zachodnich nadal tak jest, badając związek między imigracją, postawami antyimigracyjnymi i gotowością do zaakceptowania dyktatury lub rządów wojskowych. Co ważne, nie analizują wyników wyborczych partii radykalnych, lecz bezpośrednio preferencje ustrojowe obywateli.
Badanie objęło 17 utrwalonych demokracji zachodnich w latach 2008–2020. Wyniki pokazują niewielki, ale statystycznie istotny związek między większym udziałem imigrantów w populacji a silniejszymi postawami antyimigracyjnymi, które z kolei wiążą się z większą akceptacją autorytarnych form rządów. Nie jest to więc prosta zależność „więcej imigrantów = więcej autorytaryzmu”. Kluczowym ogniwem są postawy wobec imigrantów.
Chyba najciekawszy wynik dotyczy postaw osób o niskiej predyspozycji autorytarnej.O ile osoby o wysokiej predyspozycji autorytarnej są stosunkowo niechętne imigrantom niezależnie od jej poziomu, o tyle wraz ze wzrostem liczby imigrantów postawy osób mniej autorytarnych zaczynają się do nich zbliżać.
Autorzy nie twierdzą też, że zachodnim demokracjom grozi bezpośrednio upadek. Ich wniosek jest subtelniejszy: rozpowszechnienie postaw antyimigracyjnych może zwiększać społeczną otwartość na niedemokratyczne alternatywy ustrojowe. Demokracja pozostaje więc „jedyną grą w mieście”, ale dla części obywateli inne gry przestają być niewyobrażalne.

Z Europy przenosimy się na chwilę na kontynent amerykański, aby przyjrzeć się kolejnej z wielu odsłon sporu „oryginalistów” ze zwolennikami „konstytucji żywej”. To jeden z ciekawszych sporów w konstytucjonalizmie amerykańskim, który pomimo napisanych na ten temat tomów opracowań zachowuje intelektualną atrakcyjność oraz aktualność. W numerze UC LAW CONSTITUTIONAL QUARTERLY (Volume 52, Number 3) moją uwagę zwrócił artykuł „Originalism’s Stare Decisis Problem: The Place of Precedent in Theories of Interpretation”. Punktem wyjścia jest zasada stare decisis, czyli związania sądu wcześniejszymi rozstrzygnięciami. To jeden z fundamentów systemów common law, zwłaszcza w relacji między sądami niższych i wyższych instancji, podczas gdy w systemach prawa stanowionego precedens co do zasady nie ma takiej samej formalnie wiążącej mocy. Arjan S. Heir zajął się jednym z fundamentalnych problemów amerykańskiego oryginalizmu: skoro znaczenie Konstytucji zostało zasadniczo ustalone w chwili jej przyjęcia, dlaczego sędzia miałby respektować precedens, który jego zdaniem opiera się na błędnej interpretacji tego pierwotnego znaczenia? Tymczasem zasada stare decisis nakazuje uznać i zachować właśnie takie rozstrzygnięcie. Autor dowodzi, że oryginalizm wpada tu w swoistą pułapkę. Jeżeli silnie chroni precedensy, dopuszcza, aby względy praktyczne przeważały nad pierwotnym znaczeniem Konstytucji i przywraca sędziom uznaniowość, którą oryginalizm miał ograniczać. Jeżeli natomiast łatwo odrzuca precedensy, pojawia się problem legitymizacji Sądu Najwyższego: skoro znaczenie Konstytucji się nie zmienia, uchylenie wcześniejszego precedensu oznacza w istocie publiczne stwierdzenie, że poprzedni skład Sądu po prostu się mylił.
Ci ciekawe, autor formułuje propozycję rozwiązania tego dylematu. Proponuje koncepcję „barely evolving Constitution” – konstytucji, której znaczenie co do zasady wyznacza pierwotne rozumienie tekstu, ale która w wyjątkowych przypadkach może jednak ewoluować. Pozwalałoby to wyjaśnić status tzw. superprecedents, czyli fundamentalnych precedensów tak głęboko zakorzenionych w prawie i społeczeństwie, że stały się częścią konstytucyjnego porządku, nawet jeśli trudno je uzasadnić czysto oryginalistycznie. W rezultacie spór między oryginalizmem a koncepcją living Constitution przesuwa się z pytania „czy znaczenie Konstytucji może ewoluować?” na znacznie ciekawsze: „w jakich wyjątkowych okolicznościach może się ono zmienić?”

Dyskusja z oryginalizmem (lub w jego duchu) dość często pojawia się na łamach amerykańskich periodyków konstytucyjnych. Dowodzi tego również artykuł z (PENN LAW) JOURNAL OF CONSTITUTIONAL LAW (Vol. 27:4, 2025) autorstwa Williama J. Acevesa: „Critical Constitutional Law and the Alito Palimpsest”. Autor proponuje dość niezwykły sposób odczytywania orzecznictwa konstytucyjnego: jako palimpsestu. Dawny palimpsest był pergaminem, z którego usuwano wcześniejszy tekst, aby zapisać na nim nowy, przy czym spod nowego zapisu często prześwitywały ślady poprzedniego. Autor wykorzystuje tę metaforę do analizy wyroku w sprawie Dobbs przeciwko Jackson Women’s Health Organization. W tym wyroku Federalny Sąd Najwyższy USA odrzucił wcześniejszą linię orzeczniczą zarysowaną w Roe przeciwko Wade i Planned Parenthood przeciwko Casey dotyczącą konstytucyjnego prawa do aborcji.
W przypadku wyroku Dobbs metafora działa wyjątkowo dobrze także z dość szczególnego powodu: przed wydaniem wyroku wyciekł pierwszy projekt opinii sędziego Samuela Alito. Projekt nie miał oczywiście żadnej mocy prawnej – nie był ani orzeczeniem, ani precedensem – ale pozwala dziś zestawić wcześniejszą wersję rozumowania Sądu z tekstem ostatecznym. Aceves wykorzystuje tę rzadką możliwość, ale jego pomysł jest szerszy. Zdaniem autora prawo konstytucyjne samo przypomina palimpsest: kolejne orzeczenia próbują „wymazać” wcześniejsze interpretacje i zapisać prawo na nowo, choć ślady poprzednich warstw pozostają. Szczególnie interesuje go originalistyczne odwoływanie się w Dobbs do „historii i tradycji”. Historia nie jest bowiem, jego zdaniem, neutralnym magazynem, z którego można po prostu wydobyć jedną pierwotną odpowiedź – także podlega selekcji, reinterpretacji i nakładaniu kolejnych warstw.
Aceves sformułował także szerszą propozycję metodologiczną. Z metafory palimpsestu chce uczynić narzędzie krytycznego prawa konstytucyjnego: czytając orzeczenie, powinniśmy badać nie tylko to, co znalazło się w jego tekście, lecz także co zostało wymazane, jakie wcześniejsze warstwy nadal spod niego prześwitują i w jaki sposób sąd konstruuje historię, na którą następnie się powołuje. Dobbs jest więc przede wszystkim studium przypadku. Zasadnicza teza artykułu sięga znacznie dalej: poszukiwanie jednej „pierwotnej” historycznej odpowiedzi może być złudne, skoro samo prawo konstytucyjne i jego historia przypominają tekst wielokrotnie ścierany i zapisywany od nowa.
Chętnie poznałbym odpowiedź na ten artykuł ze strony zwolennika oryginalizmu konstytucyjnego. Jeżeli go odnajdę – na pewno wspomnę w kolejnych przeglądach.

W najnowszym numerze INTERNATIONAL JOURNAL OF CONSTITUTIONAL LAW I-CON (Volume 23, Issue 4, 2026) moją uwagę zwrócił artykuł „Two cultures of justification in constitutional law” Terry’ego Skolnika. Autor wychodzi od znanego w teorii konstytucjonalizmu przeciwstawienia „kultury autorytetu” i „kultury uzasadnienia”. W pierwszej działanie państwa jest legitymizowane przede wszystkim przez kompetencję organu do podjęcia decyzji. W drugiej – sama kompetencja nie wystarcza – państwo musi jeszcze racjonalnie wyjaśnić, dlaczego jego ingerencja w prawa jednostki jest uzasadniona. Rozpowszechnienie testu proporcjonalności autor przedstawia właśnie jako przejaw przechodzenia od pierwszej kultury do drugiej.
Autor podejmuje próbę poszerzenia pojęcia „uzasadnienia”. Dotychczas rozumiano je przede wszystkim jako przekonywanie: państwo ma przedstawić logiczne, racjonalne i możliwe do zakwestionowania argumenty. Skolnik, inspirując się konstrukcjami znanymi z prawa karnego, dodaje drugie znaczenie: moralną dopuszczalność. Ograniczenie prawa podstawowego jest w tym ujęciu zachowaniem prima facie niewłaściwym i to państwo musi wykazać, że w konkretnych okolicznościach było ono dopuszczalne. Test proporcjonalności nie jest więc jedynie techniką ważenia konkurujących wartości, ale sposobem sprawdzenia, czy państwo może usprawiedliwić wyrządzane jednostce ograniczenie.
Autor ciekawie przyporządkowuje poszczególnym etapom testu konkretne zagrożenia ze strony władzy. Wymóg prawowitego celu ma chronić przed bezpośrednią dyskryminacją i poniżaniem, racjonalny związek środka z celem – przed arbitralnością i pozornymi motywami działania, konieczność – przed nadmierną ingerencją, a końcowe ważenie – m.in. przed instrumentalnym traktowaniem jednostki i dyskryminacją pośrednią.
Podsumowując – w ujęciu zaproponowanym przez autora, zasada proporcjonalności otrzymuje bardzo czytelne uzasadnienie: państwo ograniczające prawa człowieka musi wykazać nie tylko, że jego decyzja jest racjonalna, ale również że wolno mu było w ten sposób postąpić.

Z afrykańskiej literatury konstytucyjnej warto odnotować artykuł opublikowany w NNAMDI AZIKIWE UNIVERSITY JOURNAL OF INTERNATIONAL LAW AND JURISPRUDENCE (Nr 16(2)), zatytułowany „‘Pardon’ as an Escalating Impediment to Criminal Justice in Democracy”. Ibingo Inyo Evans zajmuje się klasyczną instytucją prawa konstytucyjnego – prawem łaski – stawiając pytanie, czy prerogatywa wywodząca się z czasów monarchii, gdy władca skupiał zasadniczo całość władzy państwowej, daje się pogodzić ze współczesną demokracją, rządami prawa i podziałem władzy. Autor szeroko sięga do historii oraz przykładów z różnych systemów prawnych.
Punkt wyjścia jest interesujący, bo Evans nie neguje pożytecznych funkcji prawa łaski. Pokazuje jego rolę jako swoistego „zaworu bezpieczeństwa” pozwalającego korygować niesprawiedliwe wyroki lub nadmiernie surowe kary, a także przywołuje przypadki wykorzystania go do łagodzenia konfliktów politycznych, zmniejszania przeludnienia więzień czy naprawiania skutków nadmiernie represyjnego prawa. Problem zaczyna się wówczas, gdy decyzja o ułaskawieniu służy interesom samego prezydenta, jego współpracowników lub określonej grupy. Artykuł zestawia pod tym kątem przykłady m.in. z Nigerii, Rosji, Peru i Stanów Zjednoczonych, poświęcając szczególnie dużo miejsca amerykańskiej praktyce prezydenckiej.
Evans twierdzi, że nieograniczone prawo łaski zachowuje element dawnej osobistej prerogatywy monarchy, który źle współgra z demokratyczną zasadą, że władza wykonawcza sama podlega prawu. Autor nie proponuje jednak natychmiastowej likwidacji tej instytucji. Wskazuje przykłady ograniczenia arbitralności prawa łaski odwołując się do rozwiązań indyjskich, gdzie akty łaski mogą podlegać kontroli sądowej, oraz argentyńskich ograniczeń dotyczących zbrodni przeciwko ludzkości. W konkluzji postuluje m.in. udział niezależnego organu w procedurze ułaskawieniowej, możliwość kontroli sądowej oraz konstytucyjny zakaz ułaskawiania w sprawach dotyczących samego prezydenta, jego rodziny i bliskich współpracowników.
Na tle rozważań autora można zadać skądinąd istotne ustrojowo pytaniem: czy w demokratycznym państwie problemem jest samo istnienie prawa łaski, czy raczej pozostawienie organowi wykonawczemu możliwości korzystania z niego bez wystarczających mechanizmów kontroli?

W PERSPECTIVES ON POLITICS (Vol. 23, No. 3) moją uwagę zwrócił artykuł „Proportional Non-Voter Sortition: Legislative Inclusion for Non-Voting Citizens”. Marcus Carlsen Häggrot i Chiara Destri wychodzą od pytania, którego zazwyczaj w ogóle się nie stawia: co właściwie system wyborczy powinien zrobić z głosami, których nie oddano? Obecnie absencję wyborczą po prostu się oblicza i uwzględnia w ustalaniu frekwencji, ale nie ma ona wpływu na obsadę mandatów. Autorzy proponują rozwiązanie radykalnie odmienne: część miejsc w parlamencie odpowiadająca odsetkowi osób, które nie zagłosowały, byłaby obsadzana w drodze losowania właśnie spośród niegłosujących obywateli. Nazwali ten model Proportional Non-Voter Sortition.
Pomysł jest bardzo ciekawy. Otóż przy frekwencji np. 70% pozostałe 30% obywateli nie znikałoby politycznie po wyborach: proporcjonalna część parlamentu przypadłaby wylosowanym spośród nich przedstawicielom, posiadającym takie same prawa i obowiązki jak parlamentarzyści wybrani. Można byłoby odmówić przyjęcia mandatu, wówczas losowanie byłoby kontynuowane. Autorzy nie proponują więc zastąpienia wyborów loterią, lecz uzupełnienie demokracji wyborczej mechanizmem, którego znaczenie automatycznie malałoby wraz ze wzrostem frekwencji, a przy frekwencji bliskiej 100% praktycznie zanikało.
Za tym eksperymentem ustrojowym stoi jednak poważniejszy problem reprezentacji. Niegłosujący nie stanowią przypadkowej miniatury całego społeczeństwa. Nadreprezentowane są wśród nich m.in. osoby młode, gorzej wykształcone i słabsze ekonomicznie, a badania przywoływane przez autorów wskazują, że w większości państw preferencje ideologiczne wyborców i niegłosujących istotnie się różnią.   Co więcej, obecny system daje partiom niewielką motywację, aby zabiegać o obywateli trwale niezainteresowanych wyborami. W proponowanym modelu każda osoba, której partii nie uda się skłonić do głosowania, zwiększałaby natomiast udział mandatów przypadających losowanym parlamentarzystom, a tym samym zmniejszała wpływy partii w izbie. Autorzy przewidują więc, że partie uzyskałyby silny bodziec do usuwania przeszkód w głosowaniu oraz zainteresowania się poglądami grup, które dotychczas mogły politycznie ignorować.
Najciekawsza w tym artykule jest chyba zmiana perspektywy na samą absencję wyborczą. Nieoddanie głosu nie musi oznaczać rezygnacji obywatela z reprezentacji politycznej. Autorzy traktują swoję dość rewolucyjną propozycję jako eksperyment z zakresu teorii demokracji, który ma sprowokować dyskusję nad pytaniem dotąd zaskakująco zaniedbanym: dlaczego w demokracji reprezentatywnej reprezentujemy wyłącznie tych obywateli, którzy wzięli udział w wyborach?

W przypadku wrześniowego wydania francuskiego POUVOIRS. REVUE FRANÇAISE D’ÉTUDES CONSTITUTIONNELLES ET POLITIQUES (n° 194) dokonam wyłomu w zasadzie omawiania 1-2 artykułów z danego periodyku, aby polecić cały numer. Został on bowiem poświęcony w całości pojęciu, które bardzo rzadko gości na łamach konstytucyjnych periodyków: honorowi. Temat może wydawać się – szczególnie z polskiej perspektywy – niemal oczywiście pozytywny. Honor kojarzymy z etosem rycerskim, dotrzymywaniem słowa, odwagą, służbą publiczną, patriotyzmem czy odpowiedzialnością za własne postępowanie. Tymczasem autorzy Pouvoirs przypominają, że z perspektywy liberalnej i demokratycznej pojęcie to wcale nie jest jednoznacznie pozytywne. Historycznie honor był związany ze statusem i hierarchią: określał miejsce jednostki w grupie, uzasadniał przywileje, ale również podporządkowanie słabszych i kontrolę nad kobietami. Redakcja prowokacyjnie pyta więc, czy demokratyczny honor rzeczywiście różni się od swojego arystokratycznego poprzednika, czy tylko skrywa pod nową postacią dawne pragnienie społecznego uznania i wyższości.
Klasyczna liberalna opozycja przeciwstawia hierarchiczny honor egalitarnej godności: godność przysługuje każdemu człowiekowi jednakowo, podczas gdy na honor trzeba zasłużyć, trzeba go bronić i można go utracić. Tyle że właśnie tutaj pojawia się problem. Honor nie musi oznaczać wyłącznie przywileju wynikającego z urodzenia czy pozycji. Może oznaczać również wymaganie od siebie więcej, niż nakazuje prawo, poczucie odpowiedzialności za własne słowo i urząd oraz gotowość ponoszenia konsekwencji zachowania uznanego za niegodne. Laetitia Falcon de Longevialle pokazuje zresztą, że honor i związany z nim wstyd, krytykowane jako instrumenty społecznego podporządkowania, mogą zostać wykorzystane także emancypacyjnie.
Szczególnie ciekawy jest z tego punktu widzenia pewien paradoks ustrojowy. Monteskiusz uważał honor za zasadę monarchii, przeciwstawiając mu republikańską cnotę. Anne Simonin pokazuje jednak, że rewolucja francuska wcale honoru nie unicestwiła: zaczęła tworzyć jego republikańską odmianę, a po II wojnie światowej pojęcie to ponownie zajęło istotne miejsce w republikańskim języku politycznym.  Można więc postawić pytanie odwrotne do liberalnej krytyki: czy demokracja rzeczywiście może obyć się bez jakiejś formy honoru? Prawo może określić obowiązki prezydenta, ministra, parlamentarzysty czy sędziego i ustanowić sankcje za ich naruszenie, ale nie jest w stanie skodyfikować wszystkiego, czego oczekujemy od osoby sprawującej urząd publiczny.
Cały numer pokazuje niezwykłą żywotność tego pojęcia: od honoru kobiet, przez honor polityków i ochronę czci w prawie prasowym, po patriotyzm, odznaczenia państwowe i odbieranie Legii Honorowej.  Thomas Hochmann analizuje nawet przypadki Francisco Franco i Nicolasa Sarkozy’ego, stawiające państwo przed osobliwym problemem: skoro może ono oficjalnie nadać honor, musi również rozstrzygać, czy i kiedy można go odebrać.  Ostatecznie numer Pouvoirs można więc czytać nie tylko jako krytykę honoru, lecz także jako krytykę zbyt łatwej krytyki honoru. Zastąpienie dawnego, stanowego honoru powszechną godnością było jednym z osiągnięć nowoczesnego konstytucjonalizmu. Nie jest jednak oczywiste, czy społeczeństwo, w którym godność należy się każdemu, nie potrzebuje równocześnie pojęcia określającego te standardy postępowania, których od człowieka – a zwłaszcza od osoby sprawującej urząd publiczny – można oczekiwać, choć nie da się ich w całości wymusić ustawą.

W moim przeglądzie nie może zabraknąć wątków lobbingowych. W październikowym POLITICAL SCIENCE & POLITICS (Vol. 58, No. 4) moją uwagę zwrócił artykuł „Conflating Lobbying and PACs: The Surprisingly Low Overlap in Organizational Lobbying and Campaign Expenditures”. Alexander C. Furnas, Timothy M. LaPira i Clare Brock zajmują się częstym w amerykańskiej debacie nieporozumieniem , czyli traktowaniem wydatków na lobbying i finansowania kampanii wyborczych przez PAC jako dwóch postaci tego samego zjawiska określanego jako „money in politics”. Autorzy analizując dane federalne z lat 1998–2018, sprawdzili, czy organizacje prowadzące lobbying rzeczywiście są zazwyczaj tymi samymi, które finansowo angażują się w kampanie wyborcze kandydatów.
Wynik jest zaskakujący. Tylko 6,3% wszystkich objętych badaniem organizacji (3427), w całym analizowanym okresie zarówno lobbowało, jak i dokonywało wpłat poprzez powiązane PAC (Political Action Committees). Około 34 tys. prowadziło lobbying bez dokonywania takich wpłat, a 9,5 tys. finansowało kampanie, ale bez lobbingu.
Jest jednak ważne zastrzeżenie: nieliczne organizacje stosujące obie strategie należą do największych graczy. Około 75% wszystkich wydatków lobbingowych pochodziło od organizacji posiadających również PAC.
Innymi słowy: większość organizacji lobbujących nie finansuje zarazem kampanii, ale większość pieniędzy wydawanych na lobbying pochodzi od organizacji, które robią jedno i drugie.
Autorzy twierdzą, że lobbying i finansowanie kampanii są odrębnymi prawnie i faktycznie sposobami uczestnictwa organizacji w polityce, dlatego wrzucanie ich do jednego worka z napisem „pieniądze w polityce” więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Jako przykład wskazują amerykańską ustawę Honest Leadership and Open Government Act, która pod szyldem zwiększania jawności lobbingu nakazał określonym lobbystom ujawniać także wpłaty wyborcze – choć te są działalnością wyborczą, a nie lobbingową.

W SWISS POLITICAL SCIENCE REVIEW (31/2025) moją uwagę zwrócił artykuł „From Old to New Colonial Dependencies: Public Perceptions of Chinese Surveillance Cameras in Central Asia”. Jasmin Dall’Agnola bada, jak mieszkańcy Azji Centralnej postrzegają coraz powszechniejsze w przestrzeni publicznej systemy monitoringu produkowane przez chińskie firmy. Materiał jest interesujący: 105 wywiadów indywidualnych i 40 fokusowych przeprowadzonych w 2022 r. w Ałmaty, Biszkeku, Duszanbe i Taszkencie. Trzeba jednak od razu zaznaczyć istotne ograniczenie: badanie dotyczyło rosyjskojęzycznych mieszkańców dużych miast i nie miało charakteru reprezentatywnego dla społeczeństw czterech państw. Sama autorka zresztą wyraźnie przestrzega przed takim uogólnieniem.
Wyniki mogą zaskakiwać z perspektywy europejskiej debaty o prywatności. Większość rozmówców pozytywnie oceniała monitoring, przede wszystkim jako narzędzie zwiększające bezpieczeństwo i pomagające modernizować miasta. Przywołane dodatkowo przez autorkę dane Central Asia Barometer pokazują, że w 2022 r. pozytywny stosunek do kamer mających ograniczać przestępczość deklarowało ponad 90% respondentów w Uzbekistanie, Kazachstanie i Kirgistanie oraz 80% w Tadżykistanie. Badani byli przy tym świadomi chińskiego pochodzenia technologii i często tłumaczyli jej popularność bardzo pragmatycznie: dobrym stosunkiem ceny do jakości i wysokim poziomem technicznym. Pojawiały się jednak również obawy dotyczące prywatności, bezpieczeństwa danych i rosnącej zależności technologicznej od Chin.
Najbardziej dyskusyjna jest interpretacja tych wyników. Dall’Agnola proponuje odczytywać je przez pryzmat dwóch nakładających się „zależności kolonialnych”: odziedziczonej po ZSRR normalizacji nadzoru państwowego i pierwszeństwa bezpieczeństwa zbiorowego przed prywatnością oraz nowej zależności gospodarczej i technologicznej regionu od Chin. Z zebranego materiału wyłania się obraz znacznej akceptacji monitoringu oraz silna pozycja technologii chińskich. Czy uzasadnia to opisanie relacji państw Azji Centralnej z Chinami jako nowej formy „zależności kolonialnej”? To jest już znacznie dalej idącą tezą – i chyba właśnie dlatego artykuł jest szczególnie wart dyskusji w gronie zainteresowanych.

Carl Schmitt to postać bez wątpienia niejednoznaczna. Utalentowany, wręcz wybitny konstytucjonalista, który w pewnym momencie swojej życiowej drogi przeszedł na jej ciemną stronę i stał się apologetą nazizmu. Jego twórczość z okresu wcześniejszego, przypadającego na czasy Republiki Weimarskiej zyskała w minionej dekadzie na popularności również w Polsce. Odwołania do Schmitta-konstytucjonalisty z tego okresu odnajdujemy nawet w najnowszych polskich podręcznikach do prawa konstytucyjnego. Okres „nazistowski” nie stanowi z oczywistych powodów punktu odniesienia dla badań czy dydaktyki konstytucyjnej i jest na ogół pomijany. Dlatego tak interesujący jest tekst „El enemigo total: una aproximación al pensamiento de Carl Schmitt bajo el signo del Tercer Reich (1931–1945)” opublikowany na łamach HISTORIA CONSTITUCIONAL (n. 26) analizujący najbardziej niewygodny okres twórczości Schmitta – lata poprzedzające przejęcie władzy przez nazistów, jego aktywnego zaangażowania po stronie reżimu oraz koniec III Rzeszy. Autor świadomie nie próbuje ani „unieważnić” Schmitta z powodu jego nazistowskiej przeszłości, ani oddzielić jego teorii od tej przeszłości tak, jakby nie miała znaczenia. Analizując jego prace z lat 1931–1945, pyta przede wszystkim, co stało się w tym okresie z kluczowymi pojęciami Schmittowskiej teorii państwa, demokracji i polityczności.
Szczególnie interesująca jest rekonstrukcja drogi od krytyki Republiki Weimarskiej do uzasadnienia „państwa totalnego”. Schmitt odrzucił liberalny pluralizm, neutralność państwa i konkurencję wielu lojalności, przeciwstawiając im wizję politycznie homogenicznego ludu, którego jedność znajduje wyraz w decyzji i plebiscytarnej legitymizacji. W 1933 r. w Staat, Bewegung, Volk przedstawił nazistowski porządek jako trójczłonową strukturę państwa, ruchu narodowosocjalistycznego i ludu, w której to ruch – przede wszystkim NSDAP – ma być politycznym elementem kierowniczym, przenikającym państwo i lud. Jeszcze bardziej uderzająca jest przywołana przez autora późniejsza formuła Schmitta, według której demokracja „należy” do państwa totalitarnego. Dopiero takie państwo może w pełni urzeczywistnić jej postulaty. Warunkiem owej totalizacji jest wytworzenie homogeniczności przez wskazanie wroga – zewnętrznego, ale również wewnętrznego.
Najciekawsze jest jednak to, że w w doktrynie Schmitta dotyczącej nazistowskiego państwa znajduje się sporo wewnętrznych sprzeczności. Schmitt chce jednocześnie jednorodności politycznej i świata będącego „pluriversum” różnych narodów, państwa totalnego i trójczłonowego porządku państwa, ruchu narodowosocjalistycznego i ludu, wreszcie – suwerena-wodza podejmującego ostateczną decyzję, choć pod koniec wojny sam opisał III Rzeszę jako system, w którym obok Hitlera funkcjonował nieformalny krąg rzeczywistych ośrodków władzy. Autor proponuje więc, aby czytać Schmitta „ze Schmittem przeciwko Schmittowi”: jego nazistowskich pism nie da się odłączyć od politycznego wyboru ich autora, ale analiza ich sprzeczności pozostaje użyteczna dla historii konstytucyjnej – zwłaszcza dla zrozumienia, w jaki sposób krytyka pluralizmu, parlamentaryzmu i liberalnej neutralności mogła zostać przekształcona w prawnicze uzasadnienie państwa totalitarnego.

Ten wpis został opublikowany w kategorii PRZEGLĄD PERIODYKÓW NAUKOWYCH i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.